 Europejski Bank Centralny skorygował w dół prognozy wzrostu gospodarczego, Produktu Krajowego Brutto, dla strefy euro. Jaką Unia ma receptę na walkę z kryzysem? Jakie są najważniejsze punkty walki z kryzysem gospodarczym we Wspólnocie. Co jeszcze powinno zostać zrobione?
- Sytuacja gospodarcza strefy euro, czy szerzej, Unii Europejskiej budzi wiele obaw. Kryzys długu publicznego w niektórych krajach, zwłaszcza Grecji grozi rozprzestrzenieniem się na większe kraje oraz coraz bardziej uderza w cały sektor bankowy. Na poziomie rządowym zwiększa to koszty obsługi zadłużenia w wielu krajach, bo kupujący obligacje żądają coraz wyższego oprocentowania, uznając je za instrumenty coraz bardziej ryzykowne. Natomiast w sektorze bankowym, instytucje przestają sobie ufać i nie pożyczają sobie pieniędzy. To sprawia, że wielu z nich brakuje środków na udzielanie kredytów dla przedsiębiorstw. A bez pieniędzy przedsiębiorstwa ograniczają inwestycje i produkcję. To grozi powrotem recesji.
Ja pozostaję jednak optymistą, że uda nam się uniknąć ponownej recesji, przynajmniej w strefie euro czy Unii jako całości. Niedawno Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso przedstawił w Parlamencie Europejskim program rekapitalizacji sektora bankowego. Jednocześnie Europejski Bank Centralny zaczął oferować bankom korzystne pożyczki. Oba te środki mają na celu pobudzenie akcji kredytowej.
Równie ważne jest odbudowanie zaufania ludzi i konsumentów, że spójna polityka rządów i instytucji unijnych pozwoli uniknąć recesji i większego bezrobocia. Ludzie, bojąc się o swoją przyszłość, ograniczają wydatki, mniej kupują. A to oznacza mniej zamówień dla przedsiębiorstw, czyli mniej miejsc pracy.
Próbuję przekonywać szefów rządów, żeby nie tworzyć nowych instytucji dla zarządzania gospodarką, ale aby oprzeć się na instytucjach istniejących. Rządem gospodarczym powinna być Komisja Europejska, a Parlament Europejski powinien nad nią sprawować demokratyczną kontrolę. Instytucja czysto międzyrządowa będzie wymagać jednomyślności. Na przykładzie Słowacji widzimy, jakie to może nieść ze sobą zagrożenia. Słowacja do ostatniej chwili trzymała wszystkich w napięciu, czy jej parlament ratyfikuje zwiększenie uprawnień dla Europejskiego Funduszy Stabilności Finansowej. Jak widzieliśmy, ratyfikacja nastąpiła, choć ceną za to był upadek rządu.
Na posiedzeniu Zgromadzenia Narodowego z okazji rozpoczęcia polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej mówił pan, że ważnym polskim zadaniem będzie zmiana nastrojów w Unii? Czy udaje się to realizować?
- Konieczność zmiany nastroju w Unii, którą wielokrotnie podkreślałem, to faktycznie istotne wyzwanie dla polskiego rządu podczas prezydencji. W Europie musimy dziś zmierzyć się nie tylko z kryzysem długu publicznego, ale przede wszystkim z kryzysem zaufania. Pokonanie obecnego pesymizmu pomoże wypracować ostateczny pakiet antykryzysowy oraz ułatwi niezwykle trudne negocjacje w sprawie wieloletniego budżetu UE na lata 2014-2020.
Jednak pomimo tych trudności UE nadal zdaje egzamin. Parlament Europejski przyjął ostatnio tzw. sześciopak, czyli pakiet ustaw zwiększający dyscyplinę budżetową. Wybory parlamentarne w Polsce były dowodem, że proeuropejska, głosząca optymizm partia może powtórnie wygrać mimo niełatwej sytuacji gospodarczej. Podobne wyborcze sukcesy sił pro-europejskich mieliśmy w Danii i na Łotwie. Może więc nastrój w UE poprawia się. Wierzę, że wyjdziemy z tego kryzysu silniejsi, roztropniejsi i w dalszym ciągu solidarni.
Jakie najważniejsze zmiany wprowadza "sześciopak" tj. sześć aktów prawnych, które mają wzmocnić koordynację polityk gospodarczych w UE. Część z tych aktów to zupełnie nowe narzędzia prawne, a reszta to gruntowna nowelizacja dotychczasowych. Co jest w nich najważniejsze?
- "Sześciopak" to prawdziwa tarcza przeciw przyszłym kryzysom. Radykalnie zwiększa dyscyplinę budżetową oraz wprowadza mechanizmy ściślejszej współpracy makro-ekonomicznej, wspólnego planowania polityki fiskalnej. Jego celem jest też pobudzanie konkurencyjności poszczególnych gospodarek. Jednym słowem, nie będzie już możliwy kryzys taki jak w Grecji, gdzie nadmiernemu zapożyczaniu towarzyszył brak reform, stagnacja i rosnące koszty pracy.
"Sześciopak" wzmacnia tzw. Pakt Stabilności i Wzrostu. Przewiduje dotkliwe sankcje finansowe dla krajów, które odmawiają działań, aby ograniczyć deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB, a dług publiczny poniżej 60 proc. PKB. Dzięki twardemu stanowisku Parlamentu Europejskiego, sankcje będą nakładane bardziej automatycznie niż chciała to Rada, czyli rząd UE. Pamiętajmy, że sankcje przewidywane są dla krajów strefy euro, a więc nie np. dla Polski. Wierzę jednak, że Polska prowadzić będzie odpowiedzialną polityką budżetową. Zreformowany Pakt kładzie duży nacisk na zapobieganie. Wiadomo, że prewencja jest lepsza niż lekarstwo. Temu ma służyć wiosenny przegląd planów budżetowych. Ma wykryć, czy poszczególne kraje nie chcą być zbyt rozrzutne.
Ważnym elementem "sześciopaku" jest tak zwana Procedura Nadmiernej Nierównowagi. Będzie ona wszczynana wobec państw, których konkurencyjność gospodarek rażąco spada. Na przykład kiedy drastycznie rosną koszty produkcji czy deficyt na rachunku bieżącym.
Jak powinno się dyscyplinować politykę finansową poszczególnych krajów Wspólnoty? Jakie sankcje powinny być nakładane na kraje, które nie przestrzegają tej dyscypliny?
- Częściowo już o tym mówiłem. Wobec kraju, który dopuści do wzrostu deficytu budżetowego powyżej 3 proc. PKB lub długu powyżej 60 proc. PKB wszczynana będzie procedura nadmiernego deficytu. Taki kraj otrzyma od Komisji i Ecofin, Rady Ministrów Finansów, termin, do którego ograniczyć ma deficyt i dług oraz rekomendacje jak to osiągnąć. Jeśli ten kraj będzie uparcie odmawiał wprowadzania w życie tych rekomendacji, to będzie karany finansowo. Najpierw będzie to oprocentowany depozyt, później nie oprocentowany, a wreszcie pieniądze mogą przepaść.
Komisja Europejska zaproponowała niedawno, aby kraje nie przestrzegające dyscypliny budżetowej traciły unijne fundusze na pomoc dla biedniejszych regionów. Ja osobiście nie zgadzam się z tą propozycją, ponieważ karze ona dotkliwiej kraje biedniejsze, które korzystają w tych funduszy, niż kraje, które nie są ich beneficjentami.
Czy uruchomiony gazociąg Rosja-Niemcy, którego realizacja spowodowała, że Rosja staje się najważniejszym dostawcą gazu w Europie, a Niemcy są najważniejszym państwem tranzytowym, jest początkiem końca solidarności energetycznej Europy? Jakie kroki powinna podjąć Wspólnota, aby rozwiązać ten problem tak niekorzystny, szczególnie dla naszego kraju, a zarazem pokazujący, że nie tak do końca mamy solidarność gospodarczą w ramach Unii i że nie zawsze liczą się interesy Wspólnoty jako całości, a tylko interesy poszczególnych krajów? Europa nie jest gospodarczo tak solidarna jak byśmy tego chcieli.
- Wspólna polityka energetyczna była i jest jednym z głównych priorytetów mojej kadencji. Przed rokiem, w maju 2010 roku, razem z Jacquesem Delorsem, byłym przewodniczącym Komisji Europejskiej, zaapelowaliśmy o powołanie Europejskiej Wspólnoty Energetycznej. To ma być otwarcie krajów unijnych na siebie. To ma być budowa połączeń transgranicznych w gazie, w energii elektrycznej, a być może kiedyś wspólne zakupy energii i surowców. Chcemy używać polskiego węgla przez kolejne dziesięciolecie, ale to wymaga innych technologii jego wykorzystania, do czego są potrzebne unijne badania w tym zakresie. O tym myśli się już bardzo dużo, a ja osobiście mocno promuję taki sposób myślenia w Europie. Rozmawiam o tym z szefami unijnych przedsiębiorstw energetycznych, przekonuję premierów. Szczyt Unii w lutym przyjął wieloletni plan integracji sektora energetycznego, który w wielu punktach zbieżny jest w z moją propozycją Europejskiej Wspólnoty Energetycznej.
Gazociąg Północny jest faktem. Jednak Komisja Europejska będzie pilnowała, aby wykorzystywany był zgodnie z prawem europejskim. Na przykład, aby Polska mogła kupować rosyjski gaz od Niemiec.
Czy polska prezydencja w Unii to głównie promocja naszego kraju i naszej kultury, sprawa prestiżowa, czy mamy realny wpływ na decyzje podejmowane w ramach Unii? W jaki sposób polska prezydencja wpływa na problemy strefy Euro? Czy Polska, jako kraj nie należący do strefy euro może efektywnie wpływać na politykę Unii w tym zakresie?
- Prezydencja stanowi ogromną szansę promocyjną dla Polski. Trzeba w pełni wykorzystać nasze europejskie 5 minut. Prezydencja to przede wszystkim wyzwanie polityczne i niesie ze sobą ogromną odpowiedzialność. Polska musi pełnić rolę arbitra w rozwiązywaniu sporów między państwami członkowskimi. Jest to trudne zwłaszcza teraz, kiedy Unia Europejska pracuje nad rozwiązaniami, które w przyszłości pozwolą uniknąć kryzysów. Obejmują one m.in. pakiety dotyczące zarządzania gospodarką, wzmocnienie układu z Schengen i zakończenie procesu tworzenia jednolitego rynku. Choć Polska nie przyjęła jeszcze euro, ma wpływ na wszystkie te sprawy i to obecnie w większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej. Nasz kraj odgrywa główną rolę w wytyczaniu drogi ku przyszłości Europy. Pozwolę sobie ponownie wspomnieć o "sześciopaku", jako namacalnym dowodzie na to, jak prezydencja może wpływać efektywnie na politykę Unii.
Czy można mówić o korzyściach płynących z polskiej prezydencji? Jeśli tak, to o jakich?
- Prezydencja umożliwia przedstawienia polskich priorytetów na forum europejskim i światowym oraz daje szansę większego wpływu na decyzje podejmowane w UE. Uważam, że Polska wybrała priorytety trafnie, co zostało wysoko ocenione. Te priorytety to Europa zintegrowana, otwarta i bezpieczna. Polska za sterami Rady UE koordynuje prace nad prawem dla całej wspólnoty, dzięki czemu wzrasta zaufanie do Polski, jako odpowiedzialnego partnera.
Minął półmetek prezydencji i polski rząd w Brukseli i innych stolicach europejskich, zbiera bardzo dobre recenzje. Wywiązujemy się bez zarzutu z naszych europejskich obowiązków. Najważniejszą korzyścią z tej prezydencji będzie wzrost realnej pozycji Polski w Unii Europejskiej. W nadchodzących niezwykle ważnych negocjacjach, jak choćby nad budżetem wieloletnim, nasz głos i nasze argumenty powinny być dużo lepiej i wyraźniej słyszane. A to może się przełożyć już na policzalne korzyści. Dzięki prezydencji dziesiątki tysięcy ludzi, często bardzo wpływowych, odwiedza Polskę. To doskonała promocja dla naszego kraju.
Zmienia się mapa polityczna świata. Jesteśmy świadkami historycznych przemian w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Arabska wiosna ludów rozszerza się. Jak Europa, poza tym co już zostało zrobione, może jeszcze pomóc Libii i innym Krajom Arabskim w budowaniu demokracji?
- Demokratyzacja Południa będzie wieloletnim procesem, w którym powinniśmy być obecni, służąc radą i ekspertyzą. Pomoc może przybierać najróżniejsze formy, poczynając od mediacji, monitorowania przebiegu wyborów, poprzez wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego, aż po wsparcie finansowe dla rządu, inwestycje i ułatwienia handlowe. Nasza pomoc musi iść w parze z konkretnymi działaniami reformatorskimi w tych krajach. Ważne jest też, abyśmy się nie narzucali z naszymi rozwiązaniami. Dzisiaj Europa w tym regionie ma ogromny kapitał zaufania. Trzeba zrobić wszystko, aby został on spożytkowany z korzyścią dla obywateli tych państw.
Jak Polska może pomóc krajom wchodzącym na ścieżkę demokracji, obecnie Libii?
- Dzięki swoim doświadczeniom, Polska jest wiarygodnym mentorem i może służyć pomocą w wielu kwestiach. Za nami ponad 20 lat transformacji ustrojowej i gospodarczej. Zbudowaliśmy stabilną demokrację i sprawną gospodarkę rynkową. Osobiście miałem okazję przekonać się, że przykład Polski traktowany jest w tych krajach, jako "success story". Możemy dzielić się doświadczeniami, radzić, przestrzegać jakich błędów należy unikać, jak najefektywniej budować demokrację i stabilne struktury państwa.
Czy wzrost populizmu i nacjonalizmu w Europie stanowi realne zagrożenie dla integracji europejskiej?
- Wzrost populizmu i nacjonalizmu w Europie jest niepokojący. Jeśli obywatele odwrócą się od idei integracji, to straci ona sens i rację bytu. W trudnych czasach kryzysu populistyczne hasła trafiają na podatny grunt. Także dlatego szybkie wyjście z kryzysu jest tak istotne. Politycy muszą wsłuchiwać się z uwagą w nastroje społeczne. Ostatnią rzeczą na jaką mogą sobie pozwolić to arogancja. Dlatego ja osobiście tak sobie cenię moje liczne wizyty na Śląsku, w różnych miejscach Polski i teraz Europy, gdzie mogę spotkać się ze zwykłymi obywatelami i spokojnie postarać się wyjaśnić im wszystkie wątpliwości. W obecnych czasach dialog jest niezwykle ważny. Politycy powinni unikać zbijania kapitału na ludzkim niezadowoleniu.
Unia powstała w wyniku pojednania narodów europejskich po Drugiej Wojnie Światowej, między innymi po to, aby już nigdy nie powtórzyły się na naszym kontynencie tak wielkie tragedie. Ludzie z obecnych pokoleń nie pamiętają wojny i uznają pokój oraz bezpieczeństwo jako coś danego raz na zawsze. A tak nie jest, i politycy powinni to ludziom uświadamiać. Każde pokolenie musi ponowić wysiłek integracyjny.
Wzrost aktywności terrorystów na świecie i w Europie jest jedną z głównych przyczyn ograniczenia swobody przemieszczania się i odchodzenia niektórych państw od porozumień z Schengen. Wprowadzanie kontroli na granicach pokazuje, że nie do końca sprawdza się polityka otwartych granic? Jak zachować bezpieczeństwo w ramach Wspólnoty z jednoczesnym zachowaniem jej podstawowych ideałów m.in. wspomnianych otwartych granic, swobody przemieszczania się i wolności obywatelskiej?
- Wzmocnienie kontroli na granicach niektórych krajów przyjąłem krytycznie. Parlament Europejski mocno takie decyzje skrytykował. Komplikują one życie wielu Europejczyków. Swoboda przemieszczania się jest jednym z największych osiągnięć integracji europejskiej. Europejczycy to osiągnięcie cenią sobie szczególnie.
W ciągu ostatnich 10 lat, właściwie od zamachów terrorystycznych 11 września, mieliśmy często do czynienia z delikatną kwestią równowagi między wolnością i bezpieczeństwem. Nigdy nie powinniśmy ulegać pokusie rezygnacji z jednego na rzecz drugiego. Jeśli tak by się stało, to wtedy to, co staramy się zabezpieczyć, byłoby pozbawione wartości. Realnego zagrożenia terrorystycznego nie można traktować, jako wymówki dla zamykania się w narodowych czterech ścianach. Z zadowoleniem przyjąłem niedawną decyzje nowego rządu duńskiego, że nie będzie prowadził kontroli celnych na swoich granicach.
Dobiega końca pana kadencja na stanowisku przewodniczącego. Czy może pan podsumować tę kadencję: największe osiągnięcia i to, czego do końca może nie udało się zrealizować?
- Moja kadencja faktycznie dobiega końca, ale nie zwalniam tempa. Powoli jednak nadchodzi czas na refleksje i podsumowania. Z punktu widzenia UE to były niezwykle intensywne ponad dwa lata i niezwykle trudne. Wszystko odbywało się w cieniu kryzysu. Dlatego jestem niezmiernie dumny, że udało nam się doprowadzić do końca negocjacje nad "sześciopakiem". Będziemy jeszcze pracować nad nowymi rozwiązaniami, które będą miały na celu eliminację licznych wąskich gardeł na wspólnym rynku. To pobudzi konkurencyjność europejskiej gospodarki i utworzy nowe miejsca pracy. Przy okazji zeszłorocznych negocjacji nad budżetem rocznym, za które byłem odpowiedzialny, udało nam się zwiększyć rolę Parlamentu Europejskiego w obecnych rozmowach o wieloletnim budżecie Unii Europejskiej. To jest ważne przede wszystkim dlatego, że PE jest naturalnym sprzymierzeńcem wszystkich państw, które są beneficjentami netto. Takim państwem jest również Polska.
Kiedy w życie wszedł Traktat z Lizbony, wspólnie z Jacquesem Delorsem zaproponowaliśmy powołanie Europejskiej Wspólnoty Energetycznej. Przeprowadzam też wewnętrzne reformy w Parlamencie Europejskim, aby zwiększyć przejrzystość tej instytucji. Pod koniec mojej kadencji gotowy będzie nowy Kodeks Dobrych Praktyk dla posłów. Parlament Europejski pod moim przewodnictwem silnie wspiera ruchy demokratyczne w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Po 18 ciężkich miesiącach uruchomiliśmy Euronest, czyli zgromadzenie parlamentów Unii i sześciu krajów Partnerstwa Wschodniego - naszych sąsiadów. Pracy było dużo, ale ostatniego słowa jeszcze nie powiedziałem.
Rozmawiała Ewa Ploplis-Olczak |